Podział Administracyjny

Legendy

Wykaz

Trutnov - legendy

Pewnego sobotniego wieczora dwóch mężczyzn siedziało w domu, gawędząc przy dobrym piwie. Rozmowy nie miały końca i dotyczyły wszelkich tematów.  Czas tak szybko upływał, że żaden z nich nie zorientował się, że północ już wybiła.

Usłyszeli niespodziewane uderzenia dzwonu z pobliskiego kościoła, sygnalizujące nadejście północy. Księżyc był w pełni i był widoczny gołym okiem. Szybko się pożegnali i ten, który odchodził, poszedł na stary cmentarz. Zaczął wykopywać sadzonki, które wcześniej posadził. Zamierzał przenieść je do ogrodu.

Gdy tylko zaczął wykopywać sadzonki, usłyszał za sobą tętent końskich kopyt. Odwrócił się gwałtownie i zesztywniał ze strachu. Jeździec galopował przez cmentarz. Trzymał głowę pod lewym ramieniem, a uzdę pod prawym. Kierował się w stronę Dolnego Starego Miasta, gdzie wtedy było mniej domów niż dzisiaj, po czym podążył za nim do Kryblic i za Kacíř, gdzie jego cień zniknął w chmurze. Pędził szaleńczo całą drogę, spowity jasnym światłem.

Minęło trochę czasu, zanim nasz bohater wrócił do domu. Nie spał całą noc, a straszna wizja wciąż pojawiała się przed jego oczami.

Według kroniki trutnowskiej, od roku 1555 na wieży Bramy Górnej zamontowano dzwony przeciwpożarowe. Dźwięki dzwonów rozbrzmiewały bardzo często, oznajmiając nadchodzące pożary. Niezależnie od tej okoliczności, rada miejska w 1571 r. ustaliła, że zostanie zamontowany jeszcze jeden dzwon. Nazywano go piwnym, gdyż miał oznajmiać zamknięcie karczm i zakaz spożywania piwa.
Gdy tylko dźwięk dzwonu się rozległ, burmistrz miasta zaczął odwiedzać karczmy ze swoimi pachołkami i usuwać stamtąd niegrzecznych smakoszy piwa. Zachowanie mieszkańców uznano za niemoralne, dlatego raportowano ich radzie miejskiej, aby nałożono sankcje. Nieposłusznym grożono grzywną i zakazem wstępu do karczmy, czasami nawet na cały rok.
Mieszkańcy Trutnowa ciągle uwielbiali spędzać czas wolny w karczmach przy piwku. Wspólnie biesiadowali, ucztując i gawędząc na różne tematy. W karczmach było dość gwarno i zdarzało się, że dźwięk piwnego dzwonu nie był słyszany. Z tego powodu nadużywano alkoholu, bawiąc się do późnych godzin wieczornych.
Burmistrzowi donoszono, że biesiadnicy, nie słysząc dzwonu, bawią się dłużej. Ale i na tę kwestię rada miasta znalazła rozwiązanie. Postanowili zamontować na Bramie Górnej kolejny piwny dzwon.
Wygląda na to, że to pomogło. Kronikarz już nie pisał o kłótniach w karczmach.
Jak widać, miejscowi uwielbiali złoty napój i nic się w tym względzie nie zmieniło do dziś.

W szeregach dawnego wojska Mieszka znajdował się Mnisław, który był sługą na dworze księcia polskiego. Na początku 1003 roku zebrał on 59 dobrze uzbrojonych wojowników pochodzących z Czech, Niemiec i Polski, po czym wyruszył w podróż w dzikie góry. Osiedlili się w pobliżu miejsca, gdzie dziś znajdują się mosty trutnowskie.
Krajobraz był porośnięty krzakami i gęstymi lasami. Były tam wąwozy, a w lasach żyło mnóstwo dzikich zwierząt, zwłaszcza jeleni. Mnisław i jego towarzysze zbudowali obóz w tym strategicznym miejscu. Chaty zbudowano z liści, w których ukrywano żywność i zbroje. Mieli też ze sobą powóz, który podarował im Mieszko. Ponieważ z powodzeniem łowili ryby, polowali na dziczyznę i strzelali do ptaków, jedzenia starczyło dla wszystkich. Pastwiska były obfite, więc ich konie były dobrze odżywione. Gdy tylko się osiedlili, zaczęli napadać na przejeżdżających kupców. Już w tamtych czasach wielu kupców wędrowało tym traktem. Mnisław poradził swoim towarzyszom, aby zbudowali wieżę, która miała ich chronić i jednocześnie służyć jako kryjówka dla zrabowanych towarów. Propozycja została zaakceptowana i wszyscy zabrali się do pracy. Wydobyli kamienie z rzeki Úpy i zbudowali wieżę na szczycie wzgórza. Ukończywszy, całkowicie się oddali rabunkowi i dzielili łupy.
Wieża Złodziejska znajdowała się w miejscu obecnego Muzeum Podkarkonoskiego. Kronika Hüttela informuje, że w podziemnych piwnicach zamku produkowano fałszywe monety.

Nie ulega wątpliwości, że w przeszłości miejsce to nie służyło czystym intencjom i działaniom.

      Stefan Scholz, czyli Hübner (znany także jako Stollstaffla), był w XVI wieku ważnym i bogatym mieszkańcem Trutnova. Ten rzekomo bardzo zamożny budowniczy wzniósł w Trutnovie kilka ważnych budynków. Dobrze mu się wiodło w interesach. Ludzie plotkowali, że podpisał pakt z diabłem. Nikt jednak nie odważył się powiedzieć złego słowa przeciwko bogatemu Scholzowi.
     Do swojego domu zaprosił kiedyś dwóch gości: popularnego miejskiego księdza, Martina Tabernatora, i miejskiego pisarza. Wino lało się strumieniami, a Scholz sprowokował kłótnię między dwoma gośćmi, która zakończyła się pobiciem szanowanego księdza. Następnie wystąpił do rady miejskiej z oficjalnym żądaniem odwołania go z zajmowanego urzędu. Wkrótce pojawiły się plotki, że ilość wina w beczkach karczmy Scholza tajemniczo rośnie i Scholz sprzedaje je hurtowo. Kiedyś, bez powodu, polecił usunąć podpory łuków w domu, co spowodowało ich zawalenie. Na szczęście nikt nie został ranny. Podobne plotki mnożyły się, aż do momentu, gdy budowniczy Scholz poważnie zachorował.
      Całe miasto odetchnęło z ulgą, gdy Scholz zmarł po krótkiej chorobie. Mimo to rada miejska zorganizowała uroczysty pogrzeb, odpowiadający jego ważnej pozycji w mieście. Pozorny spokój po pogrzebie szybko zamienił się w strach. Niektórzy zeznawali, że spotkali Scholza żywego i zdrowego. Podobno ich uściskał, roześmiał się i opowiedział o swoich młodzieńczych przygodach, kiedy rozmawiał ze złymi duchami, a nawet z diabłem!
      Później zaczął pojawiać się pod postacią konia. Zamówił podkowy u kowala. Kowal skojarzył, kim jest ten człowiek, kiedy podkuwał koniowi *trzecie kopyto*. Scholz natychmiast uciekł, a ludzie zaczęli bać się jeszcze bardziej, ponieważ mówiono, że kowal, gdyby wykuł czwarte kopyto, sam stałby się diabłem.
      Pewnego dnia dzwonnik chciał zadzwonić, ale dzwon milczał. Doniósł księdzu, który, wiedząc o napadach Scholza, natychmiast nakazał dzwonnikowi zadzwonić o północy dnia następnego. Na cmentarzu ksiądz zobaczył, jak umówiona postać zbliża się do wieży i nagle wspina do okna. Ksiądz szybko narysował wokół wieży krąg poświęconą kredą, aby duch nie mógł uciec. Gdy wybiła pierwsza godzina nowego dnia, duch upadł na ziemię. Ksiądz pokropił go wodą święconą, wepchnął do skórzanego worka i wrzucił w krzaki. Ale strach nie opuścił miasta. Długa biała szata pojawiała się co północ na grobie Scholza, a straszliwy wampir zdejmował ją przed nocnymi napadami. Pewnej nocy dzielny dzwonnik podniósł tę szatę i pobiegł do wieży kościelnej tak szybko, jak tylko mógł. Gdy tylko tam dotarł, Scholz ponownie wdrapał się przez okno wieży, dostrzegłszy zamiar dzwonnika. Na szczęście znów wybiła północ i Scholz opadł z sił.

      Scholz uwielbiał nawiedzać tylne drzwi ratusza, które trzeba było wzmocnić krzyżem i zamurować. Jednak każdego ranka drzwi pojawiały się ponownie, a krzyż zawsze znikał.
      Po dwudziestu przerażających tygodniach Scholz został uznany za istotę demoniczną, a rada miejska postanowiła spalić jego ciało. Kat miejski ekshumował zwłoki z grobu na oczach tłumu. Następnie zawlekli ciało na szubienicę, a kat odciął mu głowę. Ku przerażeniu wszystkich obecnych z głowy zaczęła tryskać krew. Krew płynęła również z serca, które kat natychmiast usunął. Wszyscy byli zdumieni, że pięć miesięcy po pogrzebie coś takiego w ogóle było możliwe. Na rozkaz rady miejskiej ciało zostało spalone, a diabelskie najazdy w Trutnovie w końcu ustały.
      Ta dziwna legenda związana jest z budynkiem Starego Ratusza.

      Kiedyś, blisko północy, kościół trutnowski nagle rozświetlił się tysiącem płonących lamp. Ostatni taki cud miał miejsce w 1866 roku, przed wybuchem wojny prusko-austriackiej.
      W tym czasie mieszkańcy domów nr 57 i 61, których okna wychodziły na kościół, przez kilka dni z rzędu obserwowali to dziwne zjawisko. Chcieli to wyjaśnić, więc pewna kobieta z domu nr 61 udała się do dziekana, aby ostrzec go przed tajemniczym światłem. Idąc w kierunku dziekanatu, natknęła się niespodziewanie na osobę o płomiennym wyglądzie, której towarzyszył czarny pies, co skłoniło ją do zawrócenia.
      Przerażona kobieta odważyła się zgłosić całe zdarzenie na plebanii dopiero następnego dnia w południe. O północy dziekan udał się do kościoła w towarzystwie kapelana. Nikt nie zna prawdy o tym, co dwaj mężczyźni tam znaleźli. Dziekan próbował bagatelizować całą sprawę, twierdząc, że blask pochodził od lampy w prezbiterium. Nikt jednak nie uwierzył w to wyjaśnienie. Tajemnica ognistego mężczyzny w kościele w Trutnovie pozostała nierozwiązana.

      Książę Oldřich wysłał rycerza Albrechta z Trautenbergu. Było to dawno temu, w czasach gęstych lasów i kupieckich szlaków. Albrecht miał zaprowadzić osadników do dzikich Karkonoszy.

      W tym czasie przybyło tu wielu ludzi, w tym dwóch masońskich towarzyszy: Paweł i Mikuláš. Pan Albrecht powiedział swoim ludziom o planach budowy miasta nad Úpą. Potem poszli razem do lasu, żeby znaleźć kamień na nowe domy. Przedzierali się przez zarośla i nagle usłyszeli niepokojący głos kruka. Zły omen? Słyszeli głośne krakanie złowrogiego ptaka i chcieli wiedzieć, co się dzieje, dlatego pobiegli w tamtą stronę. Zobaczyli kruki na skraju głębokiego wąwozu i kiedy spojrzeli w dół, nagle zrozumieli…

      Na dnie wąwozu zobaczyli ogromnego smoka. Leżał rozciągnięty na trawie, pożerając właśnie duże zwierzę. Obaj przyjaciele przestraszyli się i pobiegli do swoich ludzi. Wracali i toporami robili znaki na drzewach, żeby móc potem odnaleźć smoczą jamę. Opowiedzieli panu Albrechtowi o swojej przygodzie. Początkowo roześmiał się z tego. To oczywiste, że nie ma żywych smoków. Jednak Paweł i Mikuláš przysięgli, że mówią szczerą prawdę. Pan Albrecht zabrał ze sobą grupę ludzi i poszedł do wąwozu nad smoczą jamą. Kazał im wziąć łańcuchy i liny. I tak wszyscy przekonali się, że smok istnieje. Jego ciało pokrywały łuski, a błoniaste skrzydła zwisały po bokach. Zobaczyli czarne wejście do jaskini, znajdującej się na smoczym grzbiecie, w skale, w której jest smocza jama.

     Pan Albrecht polecił swoim ludziom zrobić solidną drewnianą klatkę, którą zawiesili nad ciałem smoka. Następnie ostrożnie spuścili na dno wąwozu małą jagnięcinę jako przynętę. Smok powąchał kuszącą ofiarę i zaczął powoli zbliżać się do jagnięcia. Równocześnie atakowali go: wrzucili w niego klatkę z kolcami i obrzucili go kamieniami. Większość z nich obejmowała głowę i ogon. Drewniana klatka była bardzo ciężka i smok nie mógł się pod nią poruszać. Zaczął przeraźliwie wrzeszczeć. Z paszczy zionął ogniem, ale był uwięziony w pułapce. Albrecht kazał zasypać smoka kłodami i krzakami, a potem go podpalić. Zrobiono to szybko. Smok dusił się i głośno ryczał, a wokół był ciemny, gęsty dym.

     Kiedy było już po wszystkim, ludzie z wielką radością obdzierali smoka ze skóry. Wysuszona na słońcu skóra została wypchana wiórami i zawieszona w kamiennej wieży. Trutnov otrzymał nazwę na cześć pana Albrechta, a miasto wyrosło właśnie w tym miejscu. Wypchanego smoka natomiast dedykowano księciu Oldrzychowi, aby upamiętnić odważny czyn fundatorów miasta.

      Około roku 1850 w Trutnovie wystąpiło niecodzienne zjawisko. Krążyły wieści: koło domu numer 8 widziano niebieski płomień. Miał on wskazywać na ukryty skarb.

      Kilku mężczyzn, którzy zwykle twierdzili, że nie wierzą w przesądy, chciało się przekonać, jak to naprawdę jest. Patrolowali te miejsca noc w noc, cierpliwie czekając, aż pojawi się coś wyjątkowego… Przez długi czas wydawało się, że ich wysiłki zakończą się niepowodzeniem, ale w końcu tak się stało. Niebieski płomień rzeczywiście zapłonął na ścianie domu pod leszczyną. Zdumieni mężczyźni nie byli w stanie wykrztusić ani słowa i stali jak oparzeni. Po dłuższej chwili otrząsnęli się i zgodzili się spróbować kopać w tym miejscu. Szybko przynieśli niezbędne narzędzia i zabrali się do pracy. W tym momencie rozległ się potężny, lecz nie agresywny głos, oznajmiający mężczyznom: „Na próżno próbujecie odzyskać skarb o niebywałej wartości, który tu leży! Tylko jedenasty właściciel domu będzie mógł go zobaczyć…”.

     Wśród mieszkańców Trautenau od wieków krąży legenda o kopalni, która jest duża i zawalona, a znajduje się u podnóża Hopfenbergu (lokalizacja). Według legendy kopalnia była pełna złota, ale tunel się zawalił.

     Później opuszczone miejsce popadło w zapomnienie. Kronika Hüttela podaje, że 23 kwietnia 1511 roku (dzień przed uroczystością ku czci św. [Imię] Jerzego, w dniu, który według przesądu jest dniem otwarcia ziemi.), górnicy z Miśni rozpoczęli wydobycie złota u podnóża Hopfenbergu. Podobno wykopali tunel, ale natrafili na wody gruntowe, które uniemożliwiły dalszą pracę. Złota nie znaleźli. Następnie, według tradycji, górnicy przenieśli się do doliny Riesengrund u podnóża Schneekoppe.